• Teatr

  • nagrody

  • 18

    pomysłów

  • 0

    dni do końca

Jakie spektakle o Warszawie i/lub Wiśle? Przedstaw swój pomysł na spektakl o Warszawie i/lub Wiśle. Na pomysły czekamy do końca września

Aby dodać pomysł musisz sie zalogować

NAGRODY

Autorzy najlepszych pomysłów wezmą udział w warsztatach przygotowujących spektakl, a może nawet w nim zagrają.

JURY

Agata Rychcik ­Skibińska

Manager grup teatralnych, A3 Teatr

Dariusz Skibiński

Aktor i reżyser, A3 Teatr

TOMASZ KURZĄTKOWSKI

współtwórca projektów crowdsourcingowych, Fundacja Otwartej Innowacji

POMYSŁY

Albert Bartłomiej Ciastek 27 październik 2015 Jestem tancerzem oraz choreografem. Pomysl na choreografię czerpal bym z samej Warszawy- jej energi odrodzenia i siły walki. Inpirowal bym sie rowniez muzyka z płyty "Nowa Warszawa" w wykonaniu Stanisławy Celinskiej wraz z projekcja o przedwojennej Warszawie.

Aby dodać komentarz musisz sie zalogować

agata.wieczynska@gmail.com 30 wrzesień 2015 "Słoiku, otwórz się!" - spektakl muzyczny o warszawskich słoikach. Obrazy życia w tym mieście kilkoro przyjezdnych. Prowadzone równolegle historie, podkręcone piosenkami wyrażającymi emocje, nadzieje, pragnienia i odbiór miasta z perspektywy dnia codziennego. Piosenki mogę z przyjemnością napisać. Agata Wieczyńska - Krawiec

Aby dodać komentarz musisz sie zalogować

Bobcat 28 wrzesień 2015 Wydaje mi się, że na warszawskich scenach za mało jest zdrowego śmiechu, a za dużo "spektakli socjalnych" w których problem goni za problemem. Poza tym Warszawa ma bardzo mało legend i bajek dla dzieci, zwłaszcza związanych z miejscami odleglejszymi od Starego Miasta. Mamy Zbójną Górę, gdzie musieli kiedyś grasować zbójnicy, Mamy Młociny, gdzie zapewne coś młócono, mamy Kabaty i wiele innych miejsc, które zasługują na swoje legendy... Tak więc śmiech + bajki, klechdy i legendy - taki program jest dla Warszawy konieczny.
  • Bobcat 30 wrzesień 2015
    ANTYTERRORYSCI Osoby: „Arab” - mężczyzna o wyglądzie i ubiorze przybysza z Bliskiego Wschodu. Pijak 1. Mężczyzna w wieku średnim, o wyglądzie opoja. Nieco zaniedbane ubranie, twarz przekrwiona Pijak 2. Młody mężczyzna, kandydat na przyszłego pijaka. Obaj pijacy krążą wokół kilku stolików, imitujących ogródek przykawiarniany (mogą być parasole, na stolikach niesprzątnięte talerzyki i butelki. Wchodzi Arab. W ręku spora walizka, sprawiająca wrażenie ciężkiej. Pijak 1: (do Pijaka 2): A co to za pajac? Pijak 2: Jakiś cudzoziemiec albo kosmita. Ubrał się, jak do cyrku albo kabaretu. Pijak 1: Pajac czy nie pajac, ale wygląda, że kasę ma. My jesteśmy gościnni, on płaci. Podchodzą do Araba, niezdecydowanego, dokąd iść. Pijak 1: (wyciąga rękę na powitanie) Siema, Franek! Co, nie pamiętasz mnie? No, nie udawaj, że mnie nie poznajesz. Służyliśmy razem w wojsku, pod Opolem. Pamiętasz tego idiotę sierżanta? No, nie udawaj, musisz go pamiętać! Arab: Ja nie Franek, ja nie polski... ja tu... ja słabo mówić na polski jenzyk. Good morning friends. Pijak 2: Ty, ale trafiliśmy, frajer mało co rozumie. Musi postawić. Pijak 1: Gud co? A, już wiem, gud moni... Tak, ty Niepolski, gut monej. Ty masz gud monej, ty się z nami napijesz! Wyciąga z kieszeni niepełną flaszkę. Kradnie ze stolika szklankę i ciągnie Araba na stronę... Arab: What is... Co to być jest? Pijak 2: Ale głupi. Hihihi. Nie wie, co może być we flaszce. Może on abstynent? Pijak 1: Nie tacy mi stawiali, zobaczysz jak się rozklei po paru lufach... Nalewa trochę do szklanki, ogląda pod światło, dolewa więcej. Pijak 1: No, Niepolski, walnij se lufe. Poznaj polską gościnność. No, na co czekasz? Wciska Arabowi szklankę w dłoń. Arab: wącha szklankę To... to być jest alkohol (z obrzydzeniem) - je nie pić alkohol, I can not to drink alkohol. You see, it is forbiden for religion reasons. Pijak 1: Biden nie biden, na bidnego nie wyglądasz. No pij, na co czekasz? Arab: (próbuje oddać szklankę) Religia sajs, mówić NO! Pijak 2: Pij, jak ci dają i nie każą płacić! No, pijesz, czy nie? (bierze się do bicia przybysza) Pijak 1: Zostaw go, nie widzisz, że nawiedzony jakiś? Z takimi to trzeba deplomatycznie, rozumiesz? (do Araba) Co ty mi tu o religii mówisz? Walnij se lufę, to ci przejdzie. No pij, póki kurna nikt nie widzi. Pij, bo przyjdzie policaj i trzeba będzie mu też dać, to dla nas nie wystarczy! No??? Arab: Religia sajs NO! Pijak 1: To zmień religię na taką, co sajs JES!!! Nasza religia mówi JES. Pijak 2: Pij po dobroci! Bo mi się aż ręce trzęsą, żeby ci dać po pysku, jak się z nami nie napijesz. Pij! Arab przestraszony: Okej, okej, troche sie wypić mały grzech. Dużo wypić duży grzech. (wypija pół szklanki, pada na kolana i coś mamrocze). Pijak 2: Ale go ścięło, nawet setki nie golnął i padł. Pijak 1: On chyba nie padł, tylko się modli do swojego boga o przebaczenie. Ty, Niepolski, wstawiaj, bo cię policaj do żłobka odstawi. A tam to cię obrobią, że w skarpetkach wyjdziesz... (pociąga z butelki) daje resztę Pijakowi 2. Pijak 2: On chyba nie rozumie. Ty, Niepolski, na wytrzeźwiałce to ci wszystkie petrodolary zajumają, rozumiesz? I potem zwalą na nas. To lepiej z nami ich przepij. Arab (wstaje z klęczek, chwieje się, bierze szklankę, wypija do dna). Dobra alkohol. Mało jest wypic, mały grzech, dużo wypić, duży grzech, Ale ja nie mieć grzech, ja zrobić buuum, bóg wybaczy. Jak zabić waszych ludzi, bóg weźmie do nieba. Pijak 2 do Pijaka 1: O w mordę, to chyba jakiś terrorysta. Spieprzamy, bo nas zabije! Pijak 1: Czekaj... Nie zabije. Zobacz, że go zmogło. Ma słabą głowę. Niech nam postawi, a potem to se może robić i 100 razy swoje buuum. Te, Niepolski! Piłeś nasze, teraz pora, żebyś postawił. Choć, tu zaraz za winklem jest sklep monopolowy, tam kupisz co trzeba... Arab nie chce iść. Siada przy stoliku, próbuje oprzeć głowę na blacie. Pijak 2: Ty, albo stawiasz, albo dawaj działkę, to se kupimy flaszkę w twoim imieniu. Niepolski, co z tobą? Arab: Maca się po kieszeniach Ja nie być mieć pieniądze! Somebody, ktoś ukradł. Pijak 1: Ty przyleciałeś do Polski samolotem? No, sa-mo-lo-tem (Rozkłada ręce, udając samolot). Arab: Sa-mo... the airplane. Pijak 1: A potem taxi? Arab: Taxi no! Taxi not good. Very expensive! 100 bucks from airport do city... Impossible price! Za drogo! Pijak 1: Cierpiarz chciał go wydymać na 80 dolców. Co za naród. Zobaczą obcego, to zaraz myślą, że on bogaty. A ten tu przyjechał robić zamach terrorystyczne, a nie - wydawać na panienki. (do Araba) I co pewno autobusem jechałeś i cię skroili? Arab: Ja nie rozumie twoja mowa. I get the bus from airport to the city. Pijak 2: Doliniarze zapieprzyli mu portfel... Albo udaje... Ty, Niepolski, co ci jeszcze ukradli? Arab maca się po kieszeniach, wysypuje ich zawartość na ziemię. Arab: (łapie się za głowę, krzyczy) Exploders, my exploders! They’ve stolen my exploders!!! Bóg będzie być bardzo zły, ja nie mogę zrobić buum!!! Pijak 1: (do Pijaka 1) Ale jaja, chyba podpieprzyli mu zapalniki. Pewno jechał 175, tam zawsze kogoś okradają. Ciekawe, czy chociaż bombę mu zostawili na pamiątkę? (do Araba) Mówisz, że zapalniki ci zwędzili? Nie martw się, Jak znajdziesz pieniądze to pojedziemy na bazar Różyckiego i te kupisz lepsze, nowszy model. A jak będziesz chciał, to i panienkę na noc też ci sprzedadzą. Arab: Ja nie rozumiem. Co za brak kultury w waszym kraju!!! Nie można być terrorysta, ja nie terrorysta bez exploders! Daj tu alkohol! No matter, what will be later, I can not to make my mission! I will go to the hell. Ja teraz nie zrobi się buuum, ja pójde do piekła, to sie teraz napije alkohol. No matter, dużo alkohol to mały grzech, nie zrobić buuum, to wielki grzech. Pijak 1: Masz chociaż tę swoją bombę, czy też ci ją ukradli??? Arab: Bomba, buuum, my suitcase is my bomb! To bomba (pokazuje na walizkę). Pijak 2. O w mordę! Arab otwiera walizkę, wyciąga z niej jakieś kobiece ciuchy. Arab: Where is my bomb! This is not my suitcase! Pijak 1: Musieli zamienić walizki na lotnisku! Ale jaja. To chyba nie będzie żadnego zamachu. No bomba, no terrorist! Arab: (z rozpaczą w głosie). Ja must rozbić jeden samolot! Pijak 1: Bez bomby to ciężko będzie. Chyba że kupimy na bazarze od Ruskich jakiegoś kałacha. Ty, czekaj, mam pomysł. (do Araba). Ty, Niepolski, nie martw się, strącisz sobie ten samolot, choć nie tak od razu. Ukradniemy gdzieś sadzonkę i ją posadzisz koło lotniska! Za parę lat urośnie... Pijak 2: Jaką sadzonkę??? Zwariowałeś??? Pijak 1: Jak to, jaką? Sadzonkę brzozy. KONIEC Zakończenie alternatywne. Pijacy znikają, na scenie zostaje Arab. Szybko zdejmuje arabskie ciuchy, zostaje w normalnym ubraniu. Arab: (czystą polszczyzną): Kocham ten kraj! Bo jak go nie kochać? Wystarczy się odpowiednio ubrać i udawać obcokrajowca, a zawsze znajdzie się możliwość wypicia wódki za darmo.
  • Bobcat 30 wrzesień 2015
    Co to za miasto? Wersja pełna Ona: Jesteś tam? On (z offu): A co? Głowa cię przestała w końcu boleć? (wchodzi zdegustowany) Ciocia wyjechała? Ona: Od mojej głowy to ty… wiesz co masz zrobić! On: Tak, wiem, Trzymać się z daleka, żeby na mnie nie przeszło! Ona: Co miałoby niby przejść? Wszy nie mam! On: No pewnie, nawet one od ciebie uciekły! Ona: Nigdy nie miałam. Bo ja zawsze dbam o higienę, w przeciwieństwie do ciebie. On: Taaaak? Ona: No co? Udajesz zdziwionego? On: Bo dbanie o higienę nie polega na malowaniu twarzy w barwy wojenne, tak jak ty to robiłaś. Ona: A kto więcej czasu spędzał w łazience? On: Ty. Ciekawe tylko, co ci go tyle zajmowało. W tym czasie można by wykąpać stado słoni. Ona: Ale... ale jak byś wprowadził stado słoni do takiej małej łazienki? On. Tak się tylko mówi. Ty zawsze wszystko brałaś dosłownie. Ona: Bo jestem inteligentniejsza od ciebie. On: No to powinnaś się domyślić, co ci chciałem teraz powiedzieć. Ona: Co miałeś na myśli? On: Nikt i nic z tobą długo nie wytrzyma. Ona: Ty? Ty też nie możesz długo wytrzymać? Jakoś do tej pory wytrzymywałeś. A teraz ci odbiło! Co znowu knujesz? On: Że to już koniec! Ona: Gdy ode mnie odejdziesz, możesz nigdy więcej nie spotkać kogoś takiego, jak ja! On: Mam taką nadzieję! Na szczęście jesteś typem niepowtarzalnym. Ona: Tak. Jak głupia przez tyle lat 10 lat prałam ci te twoje wstrętne ciuchy! On: Wstrętne ciuchy, wstrętne ciuchy... Razem je kupowaliśmy i jakoś wtedy wstrętne nie były. Mi się nie podobały, ale ty się upierałaś. Kupowałem dla świętego spokoju. Ona: Bo... bo były wtedy modne, a teraz nie są! On: Modne, niemodne, co za różnica. Jak już sobie pójdziesz raz i na zawsze, to je oddam bezdomnym, choć nie wiem, czy będą chcieli się w to ubrać... Brrr... Ona: Zostaw sobie na pamiątkę... On: Czego? Ona: Na pamiątkę po tym, jak ci było ze mną... On (na stronie): Tak dobrze, jak rybie na gorącej patelni! Ona: Skoro wspomniałeś o patelni, to... To kto ci będzie gotował takie smaczne obiady? On: Może w końcu ktoś, kto to umie robić… Ona: No nie! Twierdzisz, że ja NIE umiem gotować? On: To dlaczego trzymałaś to do tej pory w tajemnicy? Ona: Przecież nie narzekałeś, że źle gotuję! On: Ani razu? Ona: No, może jeden raz… On: To był jakiś długi ten „jeden raz”. Trwał przez 10 lat! Ona: To po co tyle czekałeś? Trzeba było od razu mówić!!! On: A ty mogłabyś lepiej słuchać, co mówię! Ona: Bo ty zawsze tak spokojnie mówisz. Żadnej awantury, nic… Co z ciebie za chłop? On: Myślałaś, że będę wrzeszczał na całe miasto, że mnie trujesz? Ona: Phi… Też mi miasto. On: Jak bym ci awanturę zrobił, to pewno być poleciała zaraz na skargę do mamusi! Ona: Przecież nigdy nie latałam… On: Pewno, że nie! Samochodem jeździłaś! Moim! Ona: Naszym! On: Jakim NASZYM??? Kto na niego zarobił? Ona: Ty! Ale… ja go myłam! On: I trzy razy rozbiłaś! Ona: To nie ja! Tamci kierowcy mi zajeżdżali drogę! On: Taaa… Zwłaszcza ten, co stał na poboczu! Ona: Czepiasz się takich drobiazgów… On: To jest drobiazg? Trzy wypadki w ciągu 5 lat i co roku po 20 punktów! Ona: A ty to ile punktów masz? On: Trzy… Ona: No widzisz. Zawsze byłam we wszystkim lepsza od ciebie! On: A w czym jeszcze, że zapytam? Ona: A w seksie! Ja mogłam, a ty nie! On: Mogłaś? Chyba narzekać, że cię głowa boli! Ona: Bo byłeś taki… miękki. On: Na twój widok! Ona: Inni nie narzekali! On: No pewnie. Pół miasta z tobą sypiało! Ona: Phi. Też mi miasto? Wszystkiego raptem 10 tysięcy ludzi!!! Pukanie do drzwi, najpierw delikatne, potem natarczywe. Ona: Idź, otwórz! On: Dlaczego ja? Ona: Bo to twoje mieszkanie! On: O, nie przypuszczałem że w końcu to powiesz! Ona: Bo niby co? Pukanie On: Bo to, że do tej pory upierałaś się, że to mieszkanie twojej mamusi! Ona: Bo to jest… bo to jest mieszkanie mojej mamusi, które ty od niej kupiłeś. On: Jak kupiłem, to jest moje! Tyle razy ci to powtarzałem! Ona: Ile razy? (liczy na palcach) Może… może… On: (przerywa): Nie masz chyba stu palców! Ona: Policz swoje, bo mi się wydaje że jednego ci brak. Tego najważniejszego. On: (ogląda dłoń, w końcu układa palce w gest fuck). Mam ten najważniejszy. Ona: To nie ten! On: Ten! Nim się pukam w czoło za każdym razem, kiedy sobie pomyślę, że mogłem mieć takie fajne dziewczyny, ale mnie licho podkusiło i oto, co sobie wziąłem. Wchodzi obcy?obca? Ona i On zgodnie: A pan to skąd się tu wziął? Przybysz: Wszedłem! Drzwi były zamknięte, to wszedłem. On: Przez zamknięte drzwi? Przybysz: Jak wchodziłem, to już były otwarte. On: Kto je otworzył? Przybysz: Ja. Zawsze sobie sam otwieram. Wie pan, w moim zawodzie… takich jak ja ludzie nie wpuszczają do domów, to muszę sobie jakoś radzić. Ona: To pan jest komornikiem?! On: (cicho, pod nosem) nie obrażaj ludzi… Przybysz: Ja się tak łatwo nie obrażam. Nie wszyscy są tak delikatni jak pańska małżonka… On: To kim pan do diabła jest? Złodziejem co sobie otwiera sam drzwi? Przybysz: Nie. Ja jestem z call center. Ona: Z Call center? To powinien pan pracować przez telefon! Przybysz: Tak próbowałem. Ale ludzie rzucali słuchawkami… To teraz zamiast dzwonić, chodzę! On: Tak jest lepiej? Przybysz: Lepiej. Pan wie, jak trudno mną rzucić? (podwija rękawy i przyjmuje pozycję karateki). Trudniej, jak słuchawką. Ona: Nie takich rzucałam, zanim poznałam tego tu – (pokazuje palcem). On: Nawet nie rozumiesz, co mówisz! Ona: Ja nie rozumiem! To ty nie rozumiesz! Dasz mu się pobić? No, pokaż, że się nie boisz. Pokaż! On: Ty pokaż… Bo my, proszę pana, właśnie się kłócimy! Przybysz: To sobie nie przeszkadzajcie. Ale może najpierw coś ode mnie kupicie… Ona: A co mamy sobie kupić? Przybysz: Skoro się kłócicie, to może kupicie… komplet talerzy? Dobrze latają, nie tłuką się… W sam raz na rodzinną sprzeczkę! (rzuca talerzem o ścianę, słychać głos tłuczonego szkła) Przybysz: To był jakiś wadliwy egzemplarz (rzuca mężczyźnie inny talerz). Niech pan ten wypróbuje. (Mężczyzna rzuca i znów słychać odgłos tłuczonego szkła) On: To chyba jakieś chińskie talerze... Ona: Oj, to dobrze, że się potłukły... bo my się kłócimy… kulturalnie… Przybysz: Lepiej nie mogłam trafić! Z kultury to mam… (przegląda notatki). Mam kilka całkiem dobrych książek. Też można nimi rzucać! On: (po cichu): Pewno też nietłukące, jak te talerze. (głośno): Pan nie rozumie! My nie rzucamy do siebie przedmiotami, tylko słowami! Przybysz: Nie rzucacie? Na razie… ja jestem cierpliwy, to tylko kwestia czasu. On: Na nic nie będzie pan czekał. Proszę wyjść. Przybysz: Może jednak coś kupicie ode mnie? Chodzi pan na ryby? On (ze złością): Nie! Przybysz: To dobrze się składa, bo nie mam żadnej wędki do sprzedania. On: To czym pan handluje? Talerzami? Książkami? Przybysz: Nie tylko. Niedawno sprzedałem most Poniatowskiego jakiemuś cudzoziemcowi! On i Ona: COOOO? Przybysz: Most Poniatowskiego. Czy ja niewyraźnie mówię? On: I co on na to? Przybysz: Chyba był zadowolony, bo następnego dnia już z samego rana krzyczał radośnie pod moim oknem… On: Co krzyczał? Przybysz: Nie wiem dokładnie, bo nie znam języków, ale chyba to było „Ubiju tiebja, job twoju mać”. Ona: I co było dalej? Przybysz: No, nic… Przefarbowałem włosy, zapuściłem brodę i wyprowadziłem się na drugi koniec Polski. Wie pani, ja lubię podróże. On: A ten… klient pana nie szukał? Przybysz: Może i szukał, ale chyba niezbyt starannie… Ten most był przed remontem, a ja mu go sprzedałem jako pełnowartościowy… Wolałem nie czekać, aż mnie znajdzie. On: Przecież to nie pan był właścicielem tego mostu… Przybysz: A czy to ważne? W Internecie są tysiące takich, co sprzedają nie swoje rzeczy. On: Ale nie mosty! Przybysz: Jeszcze nie. Ale… to tylko kwestia czasu! On: Skoro nie ma pan nic, co mógłbym kupić, to może pan sobie już pójdzie. Przybysz: Ja mam jeszcze dużo innych rzeczy do sprzedania. Ona: Co, na przykład? Przybysz: Polisy ubezpieczeniowe! On: Nie potrzebuję! Przybysz Potrzebuje pan. Niech pan sobie wyobrazi, że żona rzuci w pana czymś ciężkim i zrani go w rękę. Dostanie pan za to… 1000 złotych. A 20 000 jak będzie pan miał dużo szczęścia - i żona rozbije panu głowę. Ona: A nie ma takiej polisy, żebym to ja dostała pieniądze za rozbicie mu głowy? On: Ty za to możesz dostać co najwyżej wyrok. Ona: Od razu wyrok! Ty myślisz, ze sędziowie nie mają nic innego do roboty, tylko wydawać wyroki? On: Już ty najlepiej wiesz, co oni mają do roboty. Z iloma spałaś? Ona: Ale z ciebie idiota! On: Ja idiota? Ona: Tak. Ty myślisz, że jak chodziłam do nich, to po to, żeby spać? On: No tak, z sędziami też się puszczałaś. A z kim nie? Ona A z tobą! On Całe szczęście! Przybysz To może ja państwu sprzedam coś, co na pewno się przyda. On: Pan tu jeszcze jest?! Przybysz: Jestem i mam dobrą ofertę. On: A idź pan do jasnej cholery! Diabli pana przysłali, czy co? (oboje spychają go za kulisy, wracają, przybijają piątkę, żółwika itp). Widać, że chyba się pogodzili. Przybysz: (z drugiej strony sceny, do siebie): Jak wyrzucą drzwiami, to wróć oknem. (podchodzi ostrożnie do małżonków): Co do tych biznesmenów, o których pan ostatnio wspomniał, to... ja z nimi już nie współpracuję. Ale mam do sprzedania… (oboje rzucają się na niego z pięściami, Przybysz ucieka). +
  • Bobcat 30 wrzesień 2015
    Między uchem a rozumem (rozmowa telefoniczna między call center i wybraną ofiarą) Call Center: Dzień dobry. Czy mam przyjemność z panem Odornym? Ofiara: Nie! Nazywam się Odporny! CC: Och, przepraszam najmocniej panie Odporny. Mam tu napisane „Odorny”. Wróćmy do tematu. Dzwonię do pana z firmy Donkej end Monkej Korporejszyn Kompany... O: (przerywa) Kąpany? W czym kąpany? CC: Nie kąpany a kompany! CeO, rozumie pani? O: Rozumiem, nie kąpany ale kąpany. Dziwna logika. A CeO u mnie nie ma, mam piec węglowy i kominek... CC: To nie u pana jest CeO, ale u nas! O: To co mi pani głowę zawraca tym, co jest u was a nie u mnie! CC: Bo to jest CeO w naszej nazwie! O: To wasz problem. Każdy ma taką nazwę, na jaką zasługuje. CC: A więc, jak już powiedziałam, dzwonię do pana z firmy Donkej end Monkej Korporejszyn Kompany. Mam dla pana ciekawą ofertę... O (przerywa): Co to za firma? CC: To taka międzynarodowa kołpołejszyn (ostatnie słowo z udawanym angielskim akcentem) O: Źle pan trafił, ja nie PKP, nie kupuję szyn! CC: My nie sprzedajemy szyn! My jesteśmy KOR-PO-REJ-SZYN. O: To KOR jeszcze istnieje? CC. Nie - KOR, a Korporejszyn! Ka O Er, Pe, O... O: Niech pani to przeliteruje! CC. Dobrze: Ce jak... Ce jak Ciechanów O: Ce jak co? CC: Ce jak... Cecylia. O: A powiedziała pani przedtem, że jak Ciechanów! Coś pani ściemnia. CC: Dobrze, niech będzie ten Ciechanów. O: To pani dzwoni z Ciechanowa? CC. Nie, z firmy Donkej end Monkej Korporejszyn Kompany O: Nic nie rozumiem. Doniek end Moniek... i co tam dalej było? Acha, KOR, szyny i kąpany. Może już wykąpany? CC. Nie wiem, czy wykąpany. A więc... O: Niech pani mi to prześle esemesem, bo nic nie rozumiem. CC: Nie wysyłamy esemesów... O: To jak z wami rozmawiać bez esemesów? CC. Normalnie, jak przez telefon! O: Normalnie to jest esemesami albo osobiście. CC (lekko poirytowany, ale z nadzieją w głosie). Dobrze, to co pan słyszy, to jest esemes, ale w wersji audio! O: A to co innego! Zaraz! Jakie audio? Może Audi? Nie kupię, mam już auto. CC. Ale my nie chcemy panu sprzedać auta! A więc, jak już powiedziałem... O: pip, pik, pip, piip, (udaje dźwięki wydawane przez klawiaturę telefonu) CC: Przepraszam, co pan mówi? O: Nic nie mówię! Odpowiadam esemesem na pański esemes. CC. Ale pan pika... O: Nie jestem Pika, ale Odporny. OD-POR-NY. Dzwoni pan, wysyła esemesy, a nawet nie wie, do kogo. CC: Dobrze, pan nie pika, ale klika... O: (oburzony, krzyczy): Coooooo? Jaka klika??? Jestem uczciwym urzędnikiem, do żadnej kliki nie należę!!! CC: Dobrze, nie należy pan. A więc, jak już powiedziałem, dzwonię do pana z firmy Donkej end Monkej Korporejszyn Kompany. Na pewno potrzebuje pan pieniędzy... O: Trzeba było tak od razu! Jak będzie pani składała to podanie, to proszę bezpośrednio do mnie, nie na biuro podawcze. Dogadamy się! CC: (zaskoczony): Ale... ja... nie w tej sprawie. O: To po co mi pani głowę zawraca? CC: Mam dla pana ciekawą ofertę... O: Kopertę? No, nareszcie pani zrozumiała. Bez koperty nie załatwię tej sprawy! CC. Nie KO-PER-TĘ, ale - O-FER-TĘ O: No bez... hm... oferty to my odrzucamy wszystkie podania! CC. Ale ja, proszę pana, nie składam żadnego podania. O: To co pani składa? Chyba nie ręce do modlitwy? W czasie pracy? Pani jest zakonnicą? CC. Nie jestem zakonnicą. Jestem pańskim doradcą z firmy Donkej end Monkej Korporejszyn Kompany... O: Radcą? Prawnym?. Nie powie pani, że wytoczyliście mi jakiś proces? CC. Nie jestem radcą... O: (przerywa w pół słowa): No to chwałą Bogu. Już myślałem, że to ta małpa w czerwonym mnie pozwała. CC. Nie wiem, czy pana ktoś pozwał, ja jestem doradcą i mam panu doradzać... O: To niech mi pan doradzi, co zrobić, żeby w końcu pani powiedziała, po co dzwoni? Skoro nie ma pani podania, nie ma pani dla mnie koperty, na dodatek nie modli się w czasie pracy... CC: (z irytacją): Proszę pana! Ja w czasie pracy przedstawiam oferty naszym potencjalnym klientom... O: Oferty... potencjalnym... przedstawia... Pani przedstawia? Pan jest aktorem? Albo nie daj Boże kabareciarzem? CC. Nie jestem aktorem! Nie jestem kabareciarzem! Jestem Kol Center. O: Kol? Helmut? Trzeba było tak od razu. Ale się panu głos zmienił (na stronie) Pewnie się kąpał z krokodylem. Guten Morgen Her Helmut. Was winszen zi? CC. Nie jestem Helmut Kohl. Pracuję w kol center. O: Kobieto!!! Dzwonisz, wysyłasz esemesy do państwowego urzędnika. To kim ty jesteś? CC. Jestem pańskim doradcą. Już to powiedziałam. O: A co to za firma, ta, jak jej tam, kor po szynach? CC. Proszę pana, to jest korporejszyn. Zajmujemy się... O: (przerywa). Zajmujecie? Powinienem się domyślić, że jesteście komornikami. Nie mam nic do zajęcia. Samochód jest na teścia, mieszkanie na syna... CC. Nie jesteśmy komornikami... O: Ale mnie pani przestraszyła! O mało nie dostałem zawału. A więc jak tam? Kor już był, PeO też macie w nazwie... Ładne rzeczy! A ten Rej? Wasz wspólnik? To ten, co był ambasadorem USA? On teraz handluje szynami? CC. Proszę pana! Korporejszyn to jedno słowo! O: Jedno słowo??? Zawraca mi pan głowę od 10 minut i dopiero teraz mówi, że to jedno słowo? A co ono znaczy? CC. No, korporejszyn.... (waha się, zastanawia), korporejszyn to... to pan, urzędnik państwowy i nie zna POLSKIEGO??? O: Znam (zasłania dłonią mikrofon) Pani Krysiu, co to jest ten... no korporejszyn wykąpany? KRYSIA (z offu): Nie wiem, ale zaraz sprawdzę w tłumaczu google. (po chwili): Pan naczelnik zawsze musi świntuszyć... O: No co to znaczy? KRYSIA: Wyszło, że spółkowanie w kąpieli! O: (do mikrofonu): Pani Kol czy jak jej tam. Nie można to było od razu powiedzieć, że dzwonisz pani z agencji towarzyskiej, żeby mnie namówić na seks w wannie?
  • Bobcat 30 wrzesień 2015
    Dola rycerza Osoby: Rycerz w imitacji zbroi, z mieczem w łapie Król Maitre de la maison (może być Maitresse de la maison) Rycerz: Ładny ten pałac. Czy tu mieszka jakiś król? (wchodzi na scenę) MDLM: To jest rezydencja najjaśniej nam panującego... Rycerz: Króla? Od razu wiedziałem! Prowadź mnie do niego. MDLM: A z jaką sprawą przychodzisz przebierańcu? Rycerz: Nie jestem przebierańcem, tylko rycerzem, co ma interes do waszego króla. MDLM: Jego wysokość król przyjmuje w interesach raz na miesiąc, po uprzednim zapisaniu się i zreferowaniu sprawy. MNIE musisz ją zreferować! Rycerz: To tajemnica służbowa, a raczej - handlowa. MDLM: Nie wyglądasz na handlarza. Chyba nie jesteś doradcą z MLM albo innego Network Marketingu? Chociaż, kto wie? Wyglądasz trochę na frajera. Rycerz: (zamierza się mieczem) Zaraz ci chłystku głowę zetnę przy samym przyrodzeniu. Jak śmiesz porządnego rycerza porównywać z jakimiś... pożal się Boże doradcami z MLM. MDLM: No, tylko ostrożne z tym scyzorykiem! Bo jak mnie zabijesz, to kto powie królowi, że chcesz się z nim widzieć, ty... zakuty łbie! Jego wysokość tylko mnie ufa. Rycerz: Tak dobrze umiesz kłamać, że ci ufa? MDLM: Jak śmiesz, TY, co wyglądasz, jakbyś był magnesem, co wyszedł ze składnicy złomu! Król: (wchodzi, ubrany w szlafmycę i za długą koszulę nocną, w ręku trzyma berło) Tadeuszu z Torunia! Ja ci ufam tak długo, jak długo mam w tym interes. Co to za karykatura średniowiecznego błazna? MDLM: Jakiś akwizytor albo domokrążca. Ma coś do sprzedania i nie chce powiedzieć, co? Pewno następny z jakimiś chińskimi podróbkami kosmetyków. Jak ten poprzedni, co wasza wysokość kazała założyć mu teczkę i szukać haków! Widzę, że obudził waszą wysokość. Mam go wtrącić do lochu? Król: Zaczekaj, może ma coś co się przyda. A na tamtego kazałem szukać haków, bo omal nie wyłysiałem po tym jego rewelacyjnym płynie na porost włosów! I połowa zębów mi wypadła! I gdzie te haki??? Rycerz: To szanowny król napił się tego płynu? Król: Co to, królowi się pomylić nie wolno? Wyglądało toto i pachniało jak dobry bimber, to mogłem się pomylić. Rycerz: To dziś królowie pijają księżycówkę? Co za czasy! MDLM: Kryzys przyszedł, to i królom ledwo starcza od pierwszego do pierwszego. Poddani nie mają pieniędzy na podatki, a tu ZUS trzeba płacić regularnie... Ciężka jest dziś dola króla... Rycerz: Pewno jakiś smok się panoszy w okolicy i dlatego jest kryzys? Bo ja właśnie w tej sprawie... MDLM (do króla): Następny chce sprzedać puszki z psim albo kocim żarciem jako konserwy z dziewic! (do rycerza) Niczego bez atestów unijnych nie kupujemy! Jak ma coś smokowi zaszkodzić, to przynajmniej niech zaszkodzi zgodnie z dyrektywami z Brukseli. Król: Czekaj no, mój metrze (albo: moja metreso) de la mezon. Niech pokaże, co ma. A potem najwyżej powołamy jakąś komisję śledczą, żeby go w ciemno uznała za winnego. I za karę zrobimy ministrem od propagandy. MDLM: Rzecznikiem? To dobra myśl. Sugeruję zrobić go jednak premierem, wtedy połowa poddanych waszej wysokości uzna, że z tym smokiem to jego wina. Wasza wysokość tylko szepnie słówko tu i ówdzie i lud go rozszarpie... Król: Cicho bądź. Już raz cię posłuchałem i co wyszło? Zamiast rozszarpać tego swojego premiera, to go na drugą kadencję wybrali... i to BEZ pytania MNIE o pozwolenie! Rycerz: Ja tu nie przyszedłem karmić tego waszego smoka, ale go ZABIĆ! Taki zawód - muszę przynajmniej raz na rok zabić jakiegoś smoka, inaczej mi koncesję i licencję odbiorą. Król: To tego nie zabijesz. Trzeba czekać, aż sam zdechnie... może z głodu? Wiesz, że smoki żywią się dziewicami. A teraz takie czasy, że o nie coraz trudniej. Ich koledzy z przedszkoli dbają o to, żeby żadna długo się nie uchowała. Dzięki temu wszystkie dziewczyny i kobiety będą w naszym królestwie długo żyły! A jak ten smok przejdzie na wegetarianizm albo zrobi się Vege, bo to teraz modne, toteż będzie żył i żył, aż zdechnie ze starości. 300 lat, jak nic! MDLM: Koniec świata blisko. Smok wegetarianin! Tylko patrzeć, jak lwy i rekiny przejdą na wegetarianizm. Tego tylko brakuje! Rycerz: Ale musi być jakiś powód, żeby zabić smoka. Ostatecznie powodem może być... brak powodu. To co, królu, w całym królestwie nie ma już dziewic i smok dogorywa? Król: No... jest kilka ale smok ich nie chce tknąć! O jednej mówi, że za stara, będzie żylasta, a on swoje lata ma i zęby nienajlepsze... Innej kazał iść na operację plastyczną, bo brzydkie mu nie smakują... I w jamie wywiesił sobie tabliczkę „Myj dziewice przed zjedzeniem”. Bo mu dezodorantami śmierdziały! Rycerz: Wybredny i grymaśny ten smok. Jest powód, żeby go zaciukać! (macha mieczem). Może podesłać mu jakieś dwie nieletnie i potem oskarżyć o molestowanie nieletnich? I skazać na karę śmierci? A mnie mianować katem! Król: Ale... są dwa problemy. Za pedofilię dostanie najwyżej 2 lata do odsiedzenia w innej jamie, bo kary śmierci już nie można stosować. No i co gorsza, smoki wpisano do czerwonej księgi gatunków ginących... Na drodze prawnej go nie zgładzimy. A jak będziesz chciał go utłuc nielegalnie, to ekolodzy ci nie pozwolą, a na dodatek oskarżą o kłusownictwo. Cały czas pilnują jego jamy, żeby nikt mu krzywdy nie zrobił. Powchodzili na drzewa i siedzą na nich w ramach protestu, czy happeningu, sami pewno nie wiedzą, w jakich ramach... Jeden to nawet przykuł mu się kajdankami do ogona... Rycerz: To może by tak tych ekologów razem ze smokiem, tak... no wiesz, królu, o czym myślę. (przeciąga dłonią po gardle). MDLM: Chcesz ich upić? To nie tak się pokazuje, a tak (pokazuje wszystkim znany gest). Król: Ty zakuty łbie! Ty wiesz, jaki to byłby skandal międzynarodowy? Tylko ruskiemu królowi uszło na sucho zamykanie ekologów w więzieniach. Ale nie wiadomo, co by było, gdyby pozwolił ich wybić. (do protestującego gestami MDLM): Nie do ciebie mówię! Uchlać ich możesz... próbować. Ale jak trafisz na jakiego abstynenta i on poleci do tej tam, rudej z telewizji, to wszystko się wyda! Rycerz: (z rozpaczą) To skąd ja mam wziąć jakiegoś smoka, żeby wyrobić normę??? Może napuścić na tych ekologów dewotki z sąsiedniej parafii. Poturbują ich krzyżami i różańcami a potem przegonią... MDLM: (tajemniczo) To się nie zawsze udaje. Trzeba... podstępem... odciągnąć ekologów od jamy smoka. Król: Myślisz, że się dadzą nabrać? MDLM: Nie w takie maliny wpuszczali ich różni cwaniacy. Wasza wysokość zapomina, ze tu w pobliżu budują autostradę. Proszę rozkazać, żeby służba nałapała w bagnie koło jeziora kilka wiader żab... Potem zrobimy jakiś spory dołek na trasie przyszłej autostrady i nasi agenci z CBS dyskretnie podpowiedzą ekologom, że smok smokiem, a tu żaby mogą zostać zabetonowane przez nietrzeźwych budowlańców. Założę się, że wszyscy polecą oprotestować tę autostradę... Król: Ty to masz głowę nie od parady! Że też sam na to nie wpadłem! Rycerz: To ja tego smoka, no tak raz dwa, i po krzyku... A jak oni już te żaby obronią to my z królem założymy spółkę wyspecjalizowaną w przenoszeniu żab z błota do błota i jeszcze zarobimy na tym kilka milionów euro. Tylko trzeba wygrać na to przetarg... Król: Już ty się o to nie martw. Komisje przetargowe chcą żyć i muszą mieć za co, no nie? A że potem nie starczy pieniędzy na dokończenie budowy tej autostrady? To już nie nasze zmartwienie! A jak mój kierowca będzie narzekał, to go wywalę z roboty. Napijmy się za to (wyciąga flaszkę spod nocnej koszulki). Byle w miarę! Ostatecznie alkohol pity w miarę nie szkodzi nawet w największych ilościach.
  • Bobcat 30 wrzesień 2015
    Prawda o Bazyliszku Dawno temu w grodzie Warsa i Sawy żył pewien mieszczanin, którego imię niech na zawsze będzie zapomniane. Ów człowiek trudnił się handlem lichymi pachnidłami i orientalnymi przyprawami. Często wyjeżdżał po nie do odległych krajów bałkańskich i lewantyńskich, a z każdej wyprawy oprócz towaru przywoził dla siebie różne pamiątki. Tak było i tym razem. Mieszczanin przywiózł niezwykłą pamiątkę. Była nim żona o egzotycznym imieniu Wasilia. Ukrył ją ów kupiec skrzętnie przed wzrokiem ciekawskich, toteż plotkom na temat jej niezwykłej urody nie było końca. W okolicznych karczmach i oberżach biesiadnicy prześcigali się w domysłach o niezwykłych walorach Wasilii, zwanej coraz częściej Bazylią, lub – pieszczotliwie Bazyliszką. Byli i tacy, którzy przechwalali się, że widzieli jej królewską urodę, a czar jaki wokół roztaczała na zawsze złamał im serca. Jej małżonek przysłuchiwał się tym opowieściom z tajemniczym uśmieszkiem, ale sam nigdy nie dał się sprowokować i nawet mocno podchmielony nie uchylał rąbka tajemnicy. To jeszcze bardziej zachęcało do plotek i niekończących się spekulacji. Pewnego dnia ów niegodziwy, skąpiący widoku swojej połowicy mieszczanin dostał poufną informację o grożącej w jego firmie niezapowiedzianej kontroli. Rad nie rad szybko spakował najpotrzebniejsze rzeczy i w pośpiechu opuścił Warszawę, udając się – jak oświadczył przyjaciołom – po kolejną porcję towarów, tym razem na drugi koniec świata. Nikt nie był tym specjalnie zaskoczony, bo o uczciwość owego sprzedawcę pachnideł już dawno przestano posądzać. Mijały miesiąca a handlarz wonnościami nie wracał. Jego połowica siedziała samotnie w czterech ścianach jego okazałej kamienicy. Czasem tylko odwiedzała ją wierna służąca, przynosząc różne wiktuały. Pewnego dnia trzej młodzieńcy, którym wypita w pobliskiej karczmie okowita dodała sił i animuszu, postanowili naocznie przekonać się o opiewanej w gminnych pieśniach urodzie połowicy sprzedawcy pachnideł. Dla kurażu zakupili kilka flaszek najtańszego wina i udali się pod dom w którym jak mniszka przebywała Bazylia. Stanęli przed solidnymi, okutymi żelazem wrotami. Najdzielniejszy młodzian ostrożnie nacisnął klamkę. Ta ustąpiła nadspodziewanie łatwo i droga stała przed śmiałkami otworem. Przeczuwając podstęp młodzieńcy rozglądając się na lewo i prawo weszli do mrocznego wnętrza kamienicy. W pierwszym pomieszczeniu nie było nikogo. Ale – były schody do piwnicy!!! A tam mógł być spory zapas trunków! Śmiałkowie szybko zapomnieli o celu wizyty i popędzili wąskimi schodami ku spodziewanej wypitce. Już po chwili znaleźli się w sporej piwniczce pełnej różnych beczułek, baryłek i gąsiorów – z pewnością nie próżnych! Nagle oniemieli. Przy niewielkim stoliku tyłem do wchodzących siedziała jakaś postać. Sądząc po szatach – była to niewiasta. A więc za chwilę mogli ujrzeć coś, o czym marzyła męska połowa nadwiślańskiego grodu – połowicę handlarza pachnideł! Z wrażenia zastygli w bezruchu. Nagle – postać odwróciła się ku nim. Śmiałkowie z przerażeniem zobaczyli coś, co trudno nazwać ludzkim obliczem. Przez chwilę nie mogli uwierzyć oczom – TO miała być opiewana przez bardów piękna Bazylia? Oniemiali przecierali co chwilę oczy nie wiedząc czy to jawa, czy sen. Bazylia, pozostawiona swojemu losowi przez małżonka i pozbawiona męskiego towarzystwa, też oniemiała! Oto przed nią stało trzech wspaniałych młodzieńców. A ona tyle czasu była sama... To był prawdziwy uśmiech losu. Bez zastanowienia ruszyła ku nim z otwartymi ramionami, gotowa w każdej chwili przyjąć ten dar niebios. Tego było dla śmiałków za wiele. Przerażeni rzucili się ku wąskim schodom. Bazylia za nimi! Schody były zbyt strome i zbyt wąskie, aby zmieścić ich wszystkich na raz. A Bazylia już trzymała za pantalony najbliższego młodzieńca. Ten, w przypływie desperacji chwycił wiszące na ścianie zwierciadło i podsunął je przed oblicze goniącej kobiety. ¬¬– Popatrz na siebie, niewiasto, popatrz na siebie – wrzasnął nieludzkim głosem. Bazylia stanęła jak wryta. To, co do niej w tej chwili dotarło, było gorsze niż najsilniejsza trucizna. Po chwili osunęła się martwa na schody. Bo nic nie jest w stanie dobić kobietę, jak prawda o jej urodzie. Do dziś nie wiadomo, dlaczego w kronikach z Bazylii, pieszczotliwie zwanej Bazyliszką zrobiono Bazyliszka. Czy była to przypadkowa pomyłka, czy też celowe działanie kronikarza płci niemęskiej, wrogiego krytyce urody niewiast? Tego chyba nie dowiemy się nigdy.
  • Bobcat 30 wrzesień 2015
    Prawda o Warszawskiej Syrence Dawno, dawno temu, tak dawno że nad Wisłą były jeszcze piękne i czyste plaże, na jedną z nich wybrała się pewna niewiasta. Wybrała się, aby zażywać. I myliłby się ten, kto by uważał, że w jej planie było zażywanie kąpieli. Wręcz przeciwnie. Woda ją przerażała, a słońce szkodziło. Ona wybrała się, aby kultywować swój wielce aspołeczny zwyczaj zażywania w samotności zawartości kolejnej kształtnej flaszki, którą udało jej się wydobyć bez niczyjej zgody z jakiejś sowicie zaopatrzonej piwnicy. A może tym razem jej mimowolnym sponsorem był jakiś hipermarket z nieuważnym personelem? Tak, czy inaczej, niewiasta w towarzystwie sporej flaszki udała się na ową ustronną plażę i tam dość szybko sprawdziła, czy trunek bliższy dna owego wspaniałego naczynia smakuje tak samo, jak ten tuż pod korkiem. Czynność ta, wielce męcząca, spowodowała, iż kobiecina poczuła nieprzepartą chęć zaśnięcia. Przedtem jednak zdjęła ubranie, by przypadkiem nie pobrudzić go, gdyby czasem coś bez przerywania snu opuściło jej organizm, co po tej ilości trunku zdarzyć się mogło. Niewiasta sobie spała in statu nescendi, gdy w tym czasie na plażę zawędrował pewien ślepiec. Po co tam zaszedł? Pewno sam nie bardzo wiedział, bo też był po intensywnej degustacji jakiejś podłej okowity, którą ktoś mu dał zamiast monety, gdy ślepiec ów zarabiał na chleb, ustawiając swój brudny kapelusz tuż przy kościelnych drzwiach. Tak więc ślepiec wędrował plażą i zastanawiał się, jak wrócić na swoje obfitujące w profity miejsce, które pod jego nieobecność mógł zająć konkurujący z nim beznogi gęślarz. Nagle stanął. Instynktownie poczuł, że w pobliżu ktoś lub coś się znajduje, na dodatek oddycha i chrapie. To mógł być niedźwiedź, ale mógł być także zły człowiek. Ślepiec podszedł bliżej do źródła nieprzyjemnych odgłosów. „Ki czort?” – zapytał w duchu sam siebie. Dźwięki nie przypominały tych, które czasem słyszał, gdy zaczynało mu brakować w organizmie tego, czym wino różni się od zwykłego soku. Przyklęknął i wyciągnął przed siebie rękę… Pod palcami wyczuł długie, przetłuszczone włosy. Badał dalej. Te niewielkie wzgórki i dołeczki pod nimi to chyba twarz. Zapewne jakiegoś gołowąsa albo niewiasty, bo ślepiec nie wyczuł żadnego zarostu! Co to mogło być? Ślepiec posuwał dalej rękę i nagle zamarł. Pod palcami wyczuł… nagie kobiece piersi! „A niech to diabli!” – zaklął. Taka okazja – niewiasta w toplesie, a on nie może tego zobaczyć! A i z przyrodzeniem też problem, bo i lata nie te, i trunek jakoś deprymująco na nie wpłynął… Pozostało więc dalsze badanie dotykiem. Ślepiec przesunął rękę dalej… Natrafił na jakiś dołeczek. „Pewno to pępek” – pomyślał. Tylko dlaczego bez żadnego kolczyka? To musiała być wiekowa niewiasta. W tamtych czasach nie wypadało leciwym matronom tak jak dziś, oddawać się takim bezeceństwom jak, za przeproszeniem, kolczykowanie innych części ciała, niż uszy. Ślepiec zawahał się. Ale po chwili odetchnął. „Stara, nie stara, ale zawsze baba” – pocieszył się. „Dobrze, że jestem ślepy, nie będę musiał gasić światła, jakby się okazało, że stara i brzydka”. Badał dalej, przesunął rękę jeszcze dalej. Nagle coś wzbudziło jego podejrzenia. Było jakieś nieprzyjemne w dotyku. Ślepiec cofnął szybko rękę. Ostrożnie powąchał ją. Wyczuł wyraźnie zapach RYBY!!! A więc to coś, co znalazł, od góry było niewiastą, od dołu – rybą! Monstrum jakieś albo atak delirium – pomyślał i szybko uciekł, by opowiedzieć o swoim odkryciu w przydrożnej oberży. Liczył na to, że za tak sensacyjne odkrycie klienci tego przypadku napełnią jego organizm sporą porcją trunków. I nie pomylił się. Wyśmiano go, okrzyknięto kłamcą, a że rozbawił gawiedź do łez swoją opowieścią, nalewano mu do skopka kolejne porcje taniego wina, licząc na dalsze mrożące krew w żyłach opowieści o monstrach i potworach, zalegających na wiślanych plażach. Któryś ze słuchaczy, obdarzony talentem artysty, spróbował namalować owego potwora, co to z kobiecych walorów ma jedynie te górne, zaś zamiast dolnych, ważnych wszak w procesie powiększania stadła, ma rybi ogon. I tak powstał oto obraz czegoś, co ani stuprocentową rybą, ani stuprocentową białogłową być nie było. Potem ktoś, widać źle potraktowany przez mieszkanki tych okolic, o względy których zabiegał, rozgłosił po świecie, że tam, gdzie powstanie za kilka stuleci Warszawa, żyją niewiasty, co mężczyznom dają jedynie połowę przyjemności, bo tej drugiej połowy dać nie mają czym. I tak oto opowieść owego nieudolnego zalotnika zaowocowała fałszywym obrazem warszawianek. Na szczęście zadbały one o to, aby ta krzywdząca dla nich opinia szybko odeszła w niepamięć i dziś już nikt nie pamięta, dlaczego nad Wisłą straszy posąg potwora, co od góry przypomina niewiastę, od dołu – rybę, a w rękach dzierży oręż do przeganiania zalotników.
  • Bobcat 30 wrzesień 2015
    Prawda o Smoku Wawelskim Dawno temu, tak dawno że najstarsi ludzie nie pamiętają, nieopodal Wawelu osiedlił się pewien osobnik. Do dziś nawet najwybitniejszym naukowcom nie udało się ustalić, dlaczego okoliczna bogobojna ludność nazwała go Smokiem. Może dlatego, że ciągnął trunki jak smok? Pod tym przydomkiem wszelako był znany i nikt nie potrafił podać jego prawdziwego imienia. Ówże Smok nie miał w zwyczaju robić porządków w swojej chacie. Ta z czasem zaczęła przypominać norę i tak nazwali ją Krakowianie. Po latach norę przemianowano na Jamę, przez analogię do słynnej Jamy Michalikowej – i tak zostało do dziś. Smok przejawiał pewną niemiłą krakowskim mieszczanom skłonność – gustował w defloracji. Jego Jamę z nieznanych przyczyn odwiedzały tłumnie młode Krakowianki. Gdy ją rankiem opuszczały – tylko niepoprawny optymista mógł myśleć, że są nadal dziewicami. Tak więc Smok w zastraszającym tempie oczyszczał Kraków z dziewic. Nie podobało się to wielu zacnym i szanowanym mieszkańcom Krakowa. Ci, najpierw po cichu, a z czasem coraz głośniej, przeciwko tej jawnej nikczemności Smoka protestowali. Nazwali go nawet „pożeraczem dziewictw” co przez niechlujnych kronikarzy zostało zapisane bez dwóch ostatnich liter. I tak powstała wielce krzywdząca Smoka plotka, że żywi się on wyłącznie dziewicami. Nie mogło być to prawdą. Krakowianie od wieków dbają o to, aby żadna mieszczka zbyt długo nie pozostawała w stanie nienaruszonym, co mogło doprowadzić Smoka do rychłej śmierci głodowej. A jak wiadomo, cieszył się on długie lata zupełnie niezłym zdrowiem, a i wigoru też mu nie brakowało i po viagrę sięgać nie musiał. Nie jest naszym celem dochodzenie, czy Smok pożarł kiedykolwiek jakąś dziewicę – ale możemy przysiąc, że żadna nigdy jego Jamy nie opuściła! Protesty Krakowian przeciwko Smokowi przybierały na sile i z czasem cała Polska wiedziała, że najbardziej niebezpiecznym dla cnoty miejscem jest podwawelski gród, a szczególnie pewna chata nad Wisłą. Smok jednak robił swoje lekceważąc wszystkie apele i pogróżki. Męska połowa mieszkańców Krakowa żyła ze świadomością, że ze Smoka ma bardzo groźnego konkurenta w defloracji i dla części Krakowian może nie starczyć błyskawicznie ginącego dobra w postaci dziewic. Wysyłano do niego delegacje z prośbami i żądaniami, aby albo zmienił upodobania, albo rejon działania. Znani ze swojej hojności Krakowianie oferowali mu nawet pewne dobra materialne zamknięte w białych kopertach, ale widać były one zbyt małe. Smok tkwił nadal w Jamie i oddawał się swojej namiętności. W końcu krakowscy rajcy nie wytrzymali społecznej presji i z wielkim wysiłkiem zebrali się na naradę. Radzono, jak pozbyć się legalnie Smoka, np. eksmitując go. Smok dbał jednak o reputację w wystarczającym stopniu – nie urządzał w Jamie pijackich burd i libacji, nie zakłócał porządku publicznego, nie pędził bimbru bez porozumienia z policją, regulował w terminie czynsz i inne należności. Niektórzy co starsi Krakowianie nawet darzyli go sympatią – nie był dla nich konkurencją do dziewic, a czasem wyręczał z niezłym skutkiem w małżeńskich powinnościach. Przyjaźnił się i z księdzem dobrodziejem, i z dzielnicowym – plotka głosi że dla świętego spokoju dzielił się z nimi swoimi zdobyczami. Eksmisja nie wchodziła w grę także z innego powodu – w kasie miasta nie było pieniędzy na zapewnienie Smokowi lokalu zastępczego! Odrzucono pomysł, by ogłosić powszechną zbiórkę na kupienie Smokowi biletu na drugi koniec świata, albo przynajmniej do Warszawy, którą Krakowianie zawsze darzyli wielką sympatią i chętnie uraczyliby ją takim prezentem. Nie znaleziono więc sposobu, aby zgodnie z prawem pozbyć się Smoka. Od czego jednak ludzka pomysłowość. Jeden z rajców zaproponował, aby Smoka po prostu upić do nieprzytomności i podsunąć mu do podpisu dokument w którym wyraża zgodę na przeniesienie się gdziekolwiek, byle jak najdalej od Krakowa. Projekt spotkał się ze zrozumieniem, zwłaszcza że rajcowie byli już mocno zmęczeni podnoszeniem do ust pucharów pełnych bezalkoholowej okowity. Trzeba było jednak wybrać kogoś o dostatecznie mocnej głowie, kto podjąłby się wiekopomnego dzieła napełnienia Smoka dostateczną ilością trunków. Wybór padł na przedstawiciela lokalnego rzemiosła trudniącego się produkcją na wielką skalę ciżemek i chodaków. Nazywano go Dratewką od czasu, gdy sprowadził ze wschodu bez cła kilkadziesiąt wielkich kadzi z okowitą, podając w papierach, że są to szpule z dratwą. Rajcowie docenili też jego ogromne doświadczenie w biesiadowaniu z politykami i członkami różnych komisji, nasyłanych na jego firmę przez zazdrosnych sąsiadów. Aby nie posądzono ich o kumoterstwo – wszak chodziło o picie ze Smokiem za społeczne pieniądze, włodarze miasta postanowili wylosować kandydata. Dla uniknięcia niespodzianek na wszystkich losach wpisali imię Dratewki. Po sporządzeniu odpowiednich protokołów potwierdzających legalność losowania, wezwano wybrańca losu przed oblicze rady. Z radością zakomunikowano mu, że ma za zadanie uwolnić Kraków od Smoka. Biedak nawet nie próbował oponować, kiedy dowiedział się, że jako alternatywę będzie miał w swojej podkrakowskiej fabryce codzienne kontrole złożone z niepijących urzędników skarbowych i sanitarnych. Wiedział co oznacza taka kontrola – mogło zabraknąć białych kopert w okolicznych sklepach, a bez nich kontrole mogły mieć nieprzyjemne zakończenia. Rajcowie długo radzili, czy dla upicia Smoka wystarczy mały dzban korzennej okowity, czy raczej antałek chłopskiej gorzałki. Stanęło na tym, że dla oszczędności Dratewka otrzyma najmniejszy z możliwych antałków samogonu, a gdyby było mało – niech dokupi okowitę za własne pieniądze. Dratewka szybko zamienił antałek samogonu na kilka flaszek okowity. Kupił u górala na targowisku ćwiartkę baraniny na zakąskę, i tak wyposażony udał się do Smoka. Zasiedli na progu Jamy, rozpalili ognisko, upiekli dobrze przyprawioną na ostro baraninę i szewc sięgnął po pierwszą flaszeczkę. Jej zawartość szybko znikła, więc biesiadnicy otworzyli następną. Baranina przyprawiona zamorskimi korzeniami miała wyborny smak i znakomicie pobudzała pragnienie. Zanim strażak na Wieży odegrał po raz kolejny hejnał, znikł niemal cały zapas alkoholu. Smok miał mocną głowę, Dratewka nie gorszą, ale obaj nie przewidzieli, że krakowskie powietrze powali najmocniejszego. Obaj zasnęli, zanim Smok podpisał przygotowany dokument o dobrowolnym poddaniu się eksmisji. Nie byłoby opowieści o bohaterskim dratewce, który miast działać, leżał zmęczony pod stołem i chrapał w najlepsze, gdyby nie przypadek. Nad ranem pierwszy przebudził się Smok. Oprócz bólu głowy poczuł potworne pragnienie. Popędził do kranu, ale akurat z powodu planowej awarii wyłączono na czas nieokreślony dopływ wody. W Jamie nie było nic do picia poza resztkami okowity, a Smok miał pragnienie, jak przystało. Wytoczył się na pole i w świetle wschodzącego słońca dojrzał połyskującą ciecz w przepływającej nieopodal Wiśle. Nie do końca trzeźwy zapomniał biedaczysko, że w Krakowie Wisłą nigdy nie płynęła woda! Nie zdążył ugasić pragnienia, gdy po pierwszym łyku na zawsze opuścił najlepszy ze światów. Kilka godzin później mocno skacowany Dratewka znalazł nad Wisłą nieżywego Smoka, a że i jego paliło we wnętrznościach, wymyślił bajkę o siarce w baraninie i o tym jak Smok pękł z przepicia. Nikt mu w to nie uwierzył poza pewnym niedoświadczonym pacholęciem, które wytwór jego wyobraźni skrupulatnie spisało na pergaminie, przyszłym Smokom ku przestrodze.
  • Aby dodać komentarz musisz sie zalogować

    Tomasz Frankowski 28 wrzesień 2015 Teatr Ochota organizuje w Warszawie "Poranny spacer" - projekt łączący nowe technologie (spacerowicze korzystają z aplikacji telefonicznej i słuchawek) i reportażu (szlak spaceru wyznaczają ludzkie historię oraz wątki z "Spaceru porannego" Ryszarda Kapuścińskiego). Odbyły się takie na Ochocie, na Polu Mokotowskim. Na stałe powinny zagościć też nad Wisłą - do przejścia są całe bulwary i wały od Wilanowa po Jabłonną. Można w takie wydarzenie wmontować również odgrywanie scen. Jeśli nie Kapuściński, to spacer mógłby być poświęcony historii Warszawy, miejscom, które mija lub widzi się po drodze (spacer historyczny). Jak najbardziej wskazane odgrywanie scen lub spektakl poświęcony bohaterowi Warszawy/wydarzeniu/legendzie na finał lub w trakcie.

    Aby dodać komentarz musisz sie zalogować

    Dzięki za Twój pomysł!

    Twoja odpowiedź została przesłana do moderacji. Jeśli wszystko będzie ok zostanie ona opublikowana najpóźniej w przeciągu trzech dni roboczych.
    Pamiętaj, aby odebrać nagrody powinieneś uzupełnić swój profil ;-)